Herta Müller – Życie bez wytchnienia

Nie sądziłem, że po tylu publikacjach przetłumaczonych na język polski Herta Müller może  mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Przecież pisarze, poeci, często również dziennikarze operują innym językiem, kiedy popełniają tekst, a inaczej werbalizują swoje myśli, kiedy nie stoją w obliczu konieczności kreowania przez siebie treści. Tymczasem ona znów to zrobiła, tym razem na kartach wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Angelikę Klammer, opatrzonego sugestywnym i metaforycznym tytułem Moja ojczyzna była pestką jabłka.

Zdjęcie: Materiały prasowe

Źródło: {slow} 9/ zima 2016/2017

Jakiś czas temu mój dobry kolega raczył był złośliwie zauważyć, że cokolwiek by Herta Müller nie napisała, piałbym z zachwytu w nieokiełznanej euforii. Tą arogancką uwagą wzbudził mój głęboki protest, bo artyści, których darzę szczególną atencją, podlegają jeszcze surowszej ocenie z mojej strony niż ci, z którymi taka zażyłość mnie nie łączy. Do lektury książki Moja ojczyzna była pestką jabłka zasiadłem więc w bojowym nastroju szukania dziury w całym.

Tyle że z Hertą Müller jest ten problem, że każde nowe spotkanie z jej tekstami odsłania kolejne płaszczyzny opisywanego przez nią świata, stale tego samego, a mimo wszystko bez elementów nachalnej wtórności. Niby zwraca się w stronę tych samych kwestii, ale ta niezwykle mocna więź ma swoje uzasadnienie. Otóż dotarło do mnie, że jej twórczość ma charakter iście posttraumatyczny, przepełniony ponurym westchnieniem przeszłości inspirującym pisarkę do mierzenia się z ciągle żywymi kartami swojej historii. Moja ojczyzna była pestką jabłka jest właśnie tego typu pogłębionym, traumatycznym wyznaniem, które rozjaśnia treść powieści Herty Müller, dookreśla je, zdradza więcej szczegółów, zamykając przestrzeń spekulacji stojących za jej literaturą.

Wrażliwość ulepiona przez samotność

W rozmowach z Angeliką Klammer niemiecka laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury odkrywa korzenie wrażliwości, które tak plastycznie i emocjonalnie kształtują przestrzeń jej powieści i kolaży. Opowiada o trudnych relacjach z mniejszością niemiecką w Banacie, rodziną, a przede wszystkim z rodzicami ulepionymi patologią krzyku i okrucieństwa SS-manów oraz głodem i szaleństwem ukraińskich obozów pracy. Wraca pamięcią do czasów furii prób werbunku jej osoby do szeregów Securitate, którym nieustannie się opierała, i obnaża metody i zabiegi, po jakie służba bezpieczeństwa sięgała, aby pozbawić ją godności, upokorzyć a finalnie złamać. Kto się schludnie ubiera, nie pójdzie brudny do nieba[1]. Z tą uporczywą groźbą z tyłu głowy trzeba było nauczyć się żyć w dysfunkcyjnym systemie, z dybiącymi na życie człowieka prymitywnymi funkcjonariuszami aparatu władzy. Pornograficzna inwigilacja i okrutne nękanie oferowało wyłącznie życie bez wytchnienia, na skraju szaleństwa. To chorobliwe zostawanie ze sobą i w sobie zrodziło potrzebę budowania oryginalnej perspektywy na fundamentach nagiej samotności. Gdzieś na jej nizinnych peryferiach autorka rysuje nadzieję na ocalenie, opisując cały bagaż jego narkotycznych i upokarzających właściwości. Przybliża jednocześnie meandry procesu tworzenia, wyjaśnia, na czym polega fenomen przymusu pisania i raczy czytelnika opowieścią o swoich szafach pełnych słów.

Tak samo, czyli inaczej

Co można powiedzieć o tych powidokach z treści? Że znowu to samo, że znów Rumunia, Securitate, komunizm i historie patologii rodzinnych. Jednak tym wywiadem noblistka klaruje nie tylko motywacje literackie, ale mimochodem obnaża swoją historię do żywego. Odpowiada precyzyjnie, mocno, dokładnie, rozlegle, ale nie tak, żeby można podejrzewać ją o gadulstwo. To raczej gospodyni wywiadu zdarza się uciekać do dłuższych pytań, które zmieniają dynamikę całości. Ale czy czynią ją gorszą, nieodpowiednią? Tego bym nie powiedział.

Po lekturze książek niemieckiej pisarki zazwyczaj czuję się okrutnie wydrenowany, pusty, pozostawiony bez myśli. Tymczasem kiedy zmierzyłem się z niniejszą rozmową, wiedziałem jedno – to wyznania dla wybranych, dla pasjonatów, dla tych, którzy potrafią się poświęcić czytaniu i zrozumieć straumatyzowane dusze. W końcu dla tych, którzy doświadczyli już wcześniej jej literatury, a poruszone tematy nie będą wpisywać się w kategorię znaków zapytania. Wymowa przeszłości i artystyczna droga pisarki, przy całym swoim trudzie i goryczy, zachowują dla mnie coś zupełnie rozczulającego. Herta Müller rozwikłująca traumy przypomina mi innego noblistę – Imre Kertesza. U niego też widać tę samotność, tragiczny ciężar historii i dyskretną grozę pomieszaną z melancholią w relacjach ze spiritus movens swojej literatury, czyli holokaustem. Oboje posttraumatyczni, obnażający ból, lęk i niemożność zapomnienia, ale w inny sposób, używając przeciwległych biegunów narracji i będąc wrażliwością oraz samotnością tak blisko siebie, pozostają sobie pięknie odlegli. Jak dwie rozrzucone na ziemi pestki tego samego jabłka, które mimo wszystko niewiele o sobie nie wiedzą.

[1] H. Müller, Moja ojczyzna była pestką jabłka, tłum.K. Leszczyńska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 72.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *