Obietnica sukcesu

Żyjemy w atmosferze nieustannej presji oczekiwań, że odniesiemy sukces. Od dzieciństwa jesteśmy przygotowywani na wszelakie najbardziej doniosłe osiągnięcia – mamy żyć po to, aby wspinać się na szczyty swoich możliwości, ścigając się z innymi i dalece ich dystansując. Najlepiej tak, żeby wszyscy widzieli, doceniali, pompowali nasze dobre samopoczucie i samoocenę. Nie wystarcza już po prostu uczciwa wygrana. Nikt nas nie uczy jednak, czym innym jeszcze ten sukces może być, niż publicznym triumfem podszytym sławą, prestiżem, władzą i wielkimi pieniędzmi. Pojęcie sukcesu sprowadziliśmy do posiadania i materii, kompletnie wypaczając jego właściwe znaczenie.

Tekst: Roger Weichert
Korekta i redakcja: Monika Szeszko-Zaborowska

Data oryginalnej publikacji: 8 stycznia 2016

Czym zatem jest sukces? Można by odpowiedzieć dość ogólnie, że jest wszystkim tym, czego pragniemy i co osiągamy. Pod pojęciem sukcesu kryje się  zamiar i spełnienie, co powoduje, że dla każdego człowieka będzie on oznaczał zgoła coś innego. Jego znaczenie zależy zarówno od hierarchii wyznawanych wartości, jak i od relacji naszych doświadczeń do tychże wartości. Dlatego też nie da się skonstruować uniwersalnego wyznacznika sukcesu – ma on zbyt wiele wymiarów; można wręcz powiedzieć, że jest substancjonalnie nieuchwytny, podobnie jak czas.

My zaś, jako gatunek ludzki, nie umiemy się z tym pogodzić. Mamy obsesję mierzenia, porównywania, licytowania się. Potrzebujemy czegoś, co pozwoli nam określić swoją pozycję, jakiegoś punktu odniesienia, który będzie korespondował z mentalnością współczesnych nam czasów. Połączyliśmy wartości kapitalizmu z niedostatkami ludzkiego charakteru i wynieśliśmy na piedestał patologię, święcie wierząc, że posiadanie dóbr, z których nawet nie jesteśmy w stanie skorzystać, jest właściwą miarą społecznego awansu i człowieczeństwa. Materializm, konsumpcjonizm i bogacenie się stały się największą zachętą, najszczerszym pragnieniem i ostatecznym miernikiem poziomu szczęścia i sukcesu. Sprowokowaliśmy sytuację, w której ekwiwalent sukcesu i jego emanacja stały się celem samym w sobie.

Papierowa wiara w iluzję

Właściwie nie wiadomo, jak to się stało, że tak masowo uwierzyliśmy w obietnicę sukcesu w postaci dobrobytu, majątku, awansu społecznego, nie biorąc jednocześnie pod uwagę tego, że szczyt z zasady ma ograniczoną powierzchnię, przez co honoru zasiadania nań mogą dostąpić tylko nieliczni. Martwi także to, że tak niewiele osób tę prawidłowość dostrzega. Choć jest coś jeszcze bardziej niepokojącego…

Wraz z obietnicą sukcesu pojawiła się presja na jak najszybsze jego osiąganie oraz oczekiwanie perfekcji, szybkości, wielkości, prestiżu. Widzimy to wyraźnie na przykładzie naszych pociech, które runęły w świat dorosłości z zapleczem dodatkowych zajęć pozalekcyjnych, nikomu niepotrzebnych umiejętności, których zazwyczaj pracodawcy nie dostrzegają. Widać to także w świecie sportu, gdzie oczekiwania kibiców, trenerów, federacji sportowych, sponsorów są tak wielkie, że ci sportowcy, którym nie wystarcza siły, umiejętności, uczciwości, a czasami wszystkiego na raz, sięgają w końcu po doping.

Sukces wydaje się zawsze przekąską przed sutym obiadem. Życiowy sukces zjada się z pośpiechem i lekkomyślnie w przekonaniu, że to pierwszy należny kąsek z rogu obfitości. Ale zwykle potem następuje długi post, straszny post bez końca albo raczej beznadziejny post do końca [1].

Jednakże roszczenie pojawia się nie tylko po osiągnięciu szczytu. My nawet w pretendowaniu do sukcesu jesteśmy pretensjonalni, wyczekująco oburzeni, że jak to może być, żeby ktoś się wgramolił niepostrzeżenie tam, gdzie my już dawno być powinniśmy, a ciągle nie jesteśmy. Wszak zasłużyliśmy swoimi dobrymi chęciami, życzeniami, miłościami wyśnionymi do tego, co piękne i wartościowe (lub nie). Przecież ktoś nam obiecał sukces! Obiecali go nam nasi rodzice, którzy zachęcali nas do nauki i rozwoju, obiecywali pracodawcy, mamiąc awansami, apanażami, które zazwyczaj kryły w sobie nędzę tekturowego powabu i krach niespełnienia. Obiecywały reklamy i skoncentrowany na odbiorcy marketing, ciągle wysyłając przekaz, iż jesteśmy tego warci, że zasługujemy na wszystko, czego zapragniemy.

W tej całej iluzji zaginął gdzieś etos pracy, rzetelności, prawdomówności, szczerości, hojności wobec siebie i innych. Wdrapaliśmy się po tych obietnicach na powierzchnię, widzimy wspaniały horyzont, więc pragniemy przejść w korowodzie życia bez zadraśnięć, niczym suchą stopą przez otwarte morze. Nie, Mili Państwo, tak się nie da. A przynajmniej niewielu z nas to spotka. Życie bez zanurzenia, bez zdeterminowanej istnieniem konfrontacji z przeszkodami, bez zmierzenia się ze swoimi słabościami nie ma racji bytu. Wszystko inne jest złudzeniem i ucieczką.

SLOW_Objetnica-sukcesu

Dlatego też tak przykra jest zachłanna ludzka zazdrość o to, czego nie mamy. Jeśli żyjemy powierzchownie, wszystko chcemy dostać za nic, to też za nic mamy cudzą pracę i tylko nieznaczny jej skrawek jesteśmy w stanie dostrzec czy docenić. Z pewnością wielu czytelników kojarzy krążący w internecie obraz góry lodowej jako metafory sukcesu [2]. Widzimy tylko to, co wystaje ponad taflę wody; mało kto się zastanawia, jaka głębia towarzyszy jej istnieniu, jak złożona struktura się na nią składa, konstruowana mozołem natury. Trudno wskazać, dlaczego tak się dzieje – być może wiąże się to ze strachem przed nieznanym. Przed rezygnacją z tego, co było naszym udziałem i przyniosło nam określoną korzyść. W ten sposób pozbawiamy się głębszego doświadczania i eksplorowania życia. Podskórnie jednak czujemy niepokój – przepełnia nas wściekłość, że inni próbują, że mają odwagę, że sięgają tam, gdzie szybują nasze marzenia, lecz za tymi naszymi projekcjami nie idą czyny. Przyczyna tkwi w nas.

(…) trudniej być czymś więcej niż czymś mniej, czymś małym, czymś niedostatecznym [3].

Pokłosie roszczenia

Co się dzieje, kiedy czegoś bardzo pożądamy i nie możemy tego dostać? Zazwyczaj narasta w nas frustracja, która pęcznieje z biegiem czasu, ogromnieje, puchnie, aby ostatecznie znaleźć ujście np. w zazdrości, nienawiści, przemocy. Najlepszym polem obserwacyjnym dla tego zjawiska jest internet, w którym masa ludzi wyżywa się do upadłego, sącząc z lubością jad na innych.

Gniewne słowo może w jednej chwili więcej podeptać (…) niż dwie stopy przez całe życie [4].

Ale coś się jednak udało! Wszak stworzyliśmy najbardziej demokratyczną przestrzeń z możliwych, gdzie każdy, kto ma tylko dostęp do sieci może zabrać głos, włączyć się do dyskusji, poczuć wyższość nad oponentem, którego może zbesztać, wyzwać, poniżyć zgodnie z bieżącymi prerogatywami nastroju. Internetowa anonimowość zaszczepia w nas pierwiastek boski, więc możemy robić świństwa, dokonywać upokarzającej wiwisekcji na osobach trzecich i nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Cóż za luksus! Skoro nie możemy osiągnąć sukcesu, to chociaż obrzydzimy go tym, którzy go odnieśli. Zazdrość to straszna rzecz.

Problem z wyborem najprostszych dróg

To zwyczajnie boli, że tak wielu z nas stać na tak niewiele. Zdaję sobie sprawę, że ta krótka rozprawa o sukcesie i roszczeniu  ledwie dotyka tego poważnego tematu, że operuje na wysokim stopniu ogólności. Niemniej zastanówcie się, Mili Czytelnicy, czy powyższe refleksje rzeczywiście i w Waszym świecie nie występują, czy nie jesteście świadkami takich zachowań lub nie padacie ich ofiarami.

Mamy problem z wyborem najprostszych dróg, tych najbliższych człowiekowi, najbardziej humanitarnie produktywnych. Posługując się językiem mediów, wolimy krótką satysfakcję miażdżenia i masakrowania, aniżeli długotrwałą harmonię doceniania i wdzięczności. Zgoda buduje, podobnie jak zaangażowanie i umiar. I  jest to nie tyle sprawa wiary, ile kwestia pracy nad sobą oraz otoczeniem, w którym przebywamy. Żyjemy w snapchatowym, powierzchownym świecie, w którym trwałe i głębokie wartości wymagające wysiłku oraz nieustannej dbałości są zepchnięte do defensywy jako wysoce niepopularne. Pozwólmy im przetrwać – zróbmy dla nich miejsce w nas samych.


[1] T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Czytelnik, Warszawa 2005.
[2] http://davidanthonyabrams.com/2015/02/02/quote-the-success-iceberg/.
[3] I. Kertesz, Dziennik galernika, tłum. E. Cygielska, WAB, Warszawa 2006.
[4] H. Muller, Lis już wtedy był myśliwym, tłum. A. Rosenau, Czarne, Wołowiec 2005.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *